PCOS, niepłodność i inne, niewygodne tematy.

Wróciłam do domu przed ósmą rano z porannego joggingu, cała mokra, deszcz w drodze do domu nie pozostawił na mnie suchej nitki. Wniosłam suszarkę na pranie z ogrodu do domu, była cała mokra, więc zmoczyła panele w salonie, teraz będę musiała zmyć podłogę. Kątem oka zauważam porozrzucane na sofie poduszki i niesfornie rzucony koc. A, i nową plamę na sofie. Będę musiała dziś posprzątać, a rano sprawdziłam maila, więc wiem, że będę zmuszona siedzieć przy laptopie co najmniej pół dnia, cholerny szef. Dla pedantki takiej jak ja, przebywanie w niewysprzątanym pomieszczeniu to katorga. Zanim się za to zabiorę, wstawiam pranie a później kroję chleb na śniadanie. Jest tak świeży, że nie mogę ukroić takiej kromki, która nie rozpadłaby się na kawałki. Po policzkach lecą mi łzy, spadają na blat. Wysyłam wiadomość do Konrada, jestem wściekła, że zostawia naczynia w zlewie i nie układa poduszek na sofie. On odpisuje najspokojniej, wie, że zaraz mi przejdzie, zna mnie. Opieram się łokciami o blat i WYJĘ. Jak wtedy, gdy miałam 16 lat i rzucił mnie chłopak. Biorę prysznic, włączam muzykę i już mi lepiej, to nie będzie zły dzień, to był tylko zły moment.

Ten żałosny wstęp – obiecuję – ma znaczenie w całej historii. Nie oceniajcie mnie, ja sama robię to wystarczająco często. Wiem, że ”problemy”, które doprowadziły mnie dziś rano do płaczu to błahostki, nie można ich nawet porównać z prawdziwymi problemami. Ale nie jestem taka na co dzień, normalnie machnęłabym na to ręką. Nie jestem też histeryczką, wręcz wkurzają mnie ludzie, którzy się nad sobą użalają. Piją, bo mieli ojca alkoholika. Staczają się na dno, bo rodzice się rozwiedli, albo doświadczyli przemocy w rodzinie. Ja nigdy nie obwiniałam rodziców za swoje życiowe porażki, choć widziałam zbyt dużo i w dzieciństwie przeżyłam więcej, niż nie jeden dorosły człowiek. To będzie trudny wpis, obnażam się przed Wami, a to nigdy nie jest łatwe, wiem jednak, że muszę o tym napisać, dla siebie i dla Was, bo nie jestem jedyna a problemy hormonalne to zgroza wielu.. zbyt wielu kobiet. Ale zanim zacznę od początku, przygotuj sobie duży kubek kawy, bo trochę to potrwa.

Byłam nastolatką, szukałam prostego rozwiązania. I tak to się zaczęło.

W wieku 16 lat zaczęłam przyjmować antykoncepcję. Pomijając, że miałam już wtedy – jak mi się wydawało – stałego partnera, miałam nieregularne miesiączki. Tabletki miały nie tylko zabezpieczać, ale przede wszystkim regulować cykl. Marzyłam o tym, bo takie niespodziewane krwawienia były odwieczną katorgą. Czasem miałam okres przez dwa dni, a później dwa miesiące nic. A później z kolei miałam okres PRZEZ MIESIĄC – BEZ PRZERWY i przerwę na kilka tygodni.

Tabletki były ogólnie dostępne i darmowe. Wystarczyło przyjść wcześnie rano do małej ”przychodni” w drogerii Boots. Nie trzeba było się wcześniej zapisywać, przychodzić z rodzicem, niczego poświadczać, po prostu spędzało się parę godzin w poczekalni (bo ludzi było tam zawsze całe mnóstwo) i czekało na swoją konsultację z ”lekarzem”. W Anglii takie rzeczy są łatwo dostępne, antykoncepcja, tabletki wczesnoporonne, aborcja, która w przeciwieństwie do polski, tutaj jest legalna do 24 tygodnia ciąży. Nie wiem, szczerze mówiąc, czy więcej w tym pożytku, czy krzywdy. Z jednej strony młodzi ludzie mają łatwy dostęp do antykoncepcji i w młodym wieku mogą np. decydować o ciąży, tzn. otrzymają tabletkę wczesnoporonną bez konieczności powiadamiania rodziców. Z drugiej jednak strony, tym samym wyrządza się im ogromną krzywdę a usuwanie ciąży stawia na porządku dziennym. Nie mi oceniać.

Tabletki antykoncepcyjne otrzymałam bez szczegółowej konsultacji.
Pani doktor – choć przypuszczam, że w Polsce osoba z taką wiedzą i doświadczeniem mogłaby być ewentualnie pielęgniarką na stażu – ważyła mnie, mierzyła i pytała o choroby w rodzinie. Wypełniała krótką ankietę, pytając o to czy palę, piję alkohol i jak często współżyję. Po czym przepisywała tabletki na 3-4 miesiące i… tak do następnego razu. Za każdym razem konsultacja odbywała się z inną Panią doktor co też ma jakieś znaczenie, bo nie pozwala utworzyć więzi opartej na zaufaniu.

Nie pamiętam nazwy tych pigułek, to było tak dawno temu, ale ten rodzaj tabletek nazywany jest ”Combined Pill”, które działały na zasadzie 21:7, czyli przez 21 dni należało przyjmować tabletki, po czym zrobić 7 dni przerwy, w których pojawiała się miesiączka. I wszystko było dobrze. Do czasu.

Jak długo to za długo?

Nikt nie wspominał o efektach ubocznych, a one pojawiły się już po kilku miesiącach.
Mogłoby się wydawać, że przyrost wagi i zmiany nastroju to już spory problem, ale to w porównaniu z innymi komplikacjami zdrowotnymi to po prostu pikuś.

Nigdy nie byłam jakoś mega szczupła, zawsze miałam trochę ciałka, ale było mi z tym dobrze. Byłam normalna. Nie nosiłam rozmiaru 0 i nie potrafię sobie wyobrazić siebie w takiej wersji. Ale później zaczęłam niezdrowo przybierać na wadze, nie mogę wszystkiego zrzucić na tabletki, bo faktem jest, że nie jadłam na śniadanie kilku listków sałaty z serem feta. Lubię jeść, ale nigdy się nie obżerałam więc to nie było głównym problemem mojej nadwagi, tabletki zrobiły swoje. Jak już wspomniałam – to był tylko czubek góry lodowej, później było już tylko gorzej.

Przyjmowałam antykoncepcję przez ponad dwa lata. Pasowało mi to, bo w końcu miałam regularne miesiączki i mogłam normalnie żyć, chodzić na basen, zakładać jasne spodnie. Po upływie dwóch lat zaczęłam coraz częściej dostrzegać silne bóle głowy, ale już wtedy codziennie pracowałam przy komputerze, więc pierwsze, co mi przyszło do głowy to problemy ze wzrokiem, co później wykluczyły badania.

Stałam się nie do zniesienia. Płakałam wtedy chyba codziennie i chęć do życia uleciała ze mnie jak powietrze z balonika. Straciłam kontrolę nad swoim zachowaniem, wybuchami agresji i… finalnie życiem. Wystarczył najmniejszy powód, żebym wpadła we wściekłość, krzyczałam, rzucałam wszystkim, co wpadło mi w ręce. A później nastawał spokój i… wstyd. Naprawdę nie wiem, dlaczego ludzie, którymi się wtedy otaczałam, decydowali się to wszystko znosić, bo nawet ja nie byłam w stanie znieść samej siebie. Wystarczyło, że ktoś powiedział coś nie tak, zwrócił mi uwagę. To mógł być byle powód – deszcz za oknem, za ostre jedzenie w restauracji, to, że ktoś na mnie zbyt długo patrzył. W tym wszystkim Konrad, któremu chyba zawsze obrywało się najbardziej. On to wszystko znosił a później… zrozumiał. Nawet nie wiecie, jaki ten wpis jest dla mnie trudny, bo te napady złości i płaczu były po prostu… POZA MOJĄ KONTROLĄ.

‘Najlepiej wszystko zwalić na hormony” – nie raz to słyszałam, a wtedy życzyłam tej osobie, aby choć na chwile znalazła się w mojej sytuacji. Sytuacji, którą kreują właśnie hormony i nie wolno tego bagatelizować, bo to problem WIELU KOBIET.
Niektóre kobiety mają tzw. ‘humorki’ przed miesiączką, bo to wtedy hormony dają o sobie znać najmocniej. A u niektórych, te cholerne hormony buzują cały czas. I to jest znak, że dzieje się coś złego.

Moja ostatnia wizyta w tamtej przychodni odbyła się właśnie 2,5 roku po tym, gdy weszłam tam po raz pierwszy. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, co sobie zrobiłam. Opowiedziałam Pani doktor o moich silnych bólach głowy, po których pojawiły się jeszcze bóle mięśni, zawroty głowy, problemy ze snem, przyspieszone bicie serca a ona patrzyła na mnie, jakbym właśnie opowiedziała jej jakąś straszną historię. Zapytała, czy ktokolwiek wspominał kiedyś, przepisując mi te tabletki, o efektach ubocznych? Wtedy usłyszałam tylko kilka słów wyrwanych z kontekstu – wylew, nowotwór, bezpłodność – musi Pani je odstawić. Natychmiast.

To nie tak, że nie miałam z kim o tym porozmawiać. Ja po prostu myślałam, że jestem wystarczająco dorosła, żeby udźwignąć antykoncepcję bez radzenia się mamy.

Po tamtej wizycie byłam przerażona, oczywiście wyobrażałam sobie najgorsze. W końcu zwierzyłam się mamie a ona ruszyła całą machiną. Razem poszłyśmy do ginekologa i wspólnie przeżyłyśmy tą batalię, choć wydaje mi się, że mimo jej obecności czułam się z tym wszystkim bardzo samotna, bo tu chodziło o moje ciało, MOJE kobiece sprawy.

Po odstawieniu tabletek problem nieregularnych miesiączek jeszcze bardziej przybrał na sile. Krwawienia były bardzo obfite a przy całomiesięcznym krwawieniu istniało zagrożenie anemii. W tamtym czasie nie rozstawałam się z podpaskami, zakładałam po dwie na raz, zmieniałam co parę godzin i spałam na ręcznikach nie mogąc w żaden sposób okiełznać krwawienia. Dodatkowo, bezustannie towarzyszyły mi bóle menstruacyjne, często tak silne, że nie pomagały nawet najsilniejsze tabletki, a ja leżałam zwinięta w kłębek na mokrej od łez poduszce. To były miesiące wycięte z życia, pamiętam je jak przez mgłę. I właściwie jedyne co z nich pamiętam, to miesiączka. Bez przerwy. Skrzepy krwi, bóle tak silne, że krzyk wydobywał się przez zaciśnięte zęby.

Lekarze nie wiedzieli co mi jest. Robili prześwietlenia, badania i odsyłali mnie do kolejnego ”specjalisty”, który też rozkładał ręce w bezradności. Kto miał wiedzieć, jeśli nie oni?

Jest Pani bezpłodna.

Miałam wtedy 18 lat. Nie myślałam jeszcze o dzieciach, chciałam żyć, podróżować, coś w życiu osiągnąć, skończyć szkołę. Ale wybiegając w przyszłość, marzyłam o gromadce dzieci, śmiałam się mówiąc Konradowi, że będzie musiał mieć zaj*biście dobrą pracę, żeby utrzymać pięcioro dzieci. A tamtego wieczoru ktoś mnie tych marzeń pozbawił. Teraz, kiedy to piszę też płaczę, tak jak wtedy. Znów siedzę na zimnym, skórzanym fotelu i zastanawiam się, czy aby na pewno dobrze zrozumiałam? Jak lekarz może wydać tak krzywdzący wyrok 18-letniej dziewczynie i zrobić to w tak niedelikatny sposób? Nie dać mi żadnej nadziei?

Wyszłam z gabinetu i wybrałam numer do mamy, płakałam i rozłączyłam się zanim usłyszałam sygnał połączenia. Nie wiedziałam, czy chcę komukolwiek o tym powiedzieć. Tamten człowiek pozbawił mnie kobiecości, bo przecież kobieta, która nie może mieć dzieci nie jest materiałem na żonę, ani chyba w ogóle kobietą, bo od najmłodszych lat powtarza się nam – kobietom – że założenie rodziny i urodzenie dzieci to nasz obowiązek a na bezdzietne kobiety patrzy się jak na trędowate. Dziś wiem, że to nieprawda, ale miałam wtedy TYLKO 18 lat. Czuję żal do tego lekarza, który zamiast powiedzieć ”to nie koniec świata, są różne sposoby, proszę się nie martwić” po prostu uderzył mnie kamieniem w głowę.

Już wtedy traktowałam związek z Konradem poważnie. Jak miałam mu powiedzieć, że z tej gromadki dzieci nic nie będzie? Że może będzie lepiej, jak znajdzie sobie kogoś normalnego?

Czy dramatyzowałam? Nie. Każda nastolatka w takiej chwili czułaby się jak by jej coś odebrano. Chyba właśnie tą ”kobiecą” cząstkę. Miałam ogromne wsparcie mamy i Konrada, który nigdy, przenigdy nie dał mi odczuć, że coś jest ze mną nie tak. Tylko że ja sama tak się czułam i często nadal czuję.

Nie ma sytuacji bez wyjścia, po prostu trafiasz na beznadziejnych lekarzy.

Kiedy uświadomiłam sobie, że brytyjska służba zdrowia – w moim przypadku – okazała się kompletnie bezużyteczna, postanowiłam udać się do polskiego ginekologa w UK. Prywatna klinika w centrum Birmingham. Dziś już przyjmuje tam ktoś inny – dzięki Bogu, bo to kolejna porażka, z jaką przyszło mi się zmierzyć, płacąc przy okazji duże pieniądze. Kilka konsultacji i badań kosztowało mnie prawie 2 tysiące funtów a Pani doktor co kilka minut spoglądała na zegarek, kiedy ja opowiadałam o swoim długoletnim koszmarze. Zrobiłam całą serię badań, łącznie z badaniami tarczycy i cukrzycy. Wszystkie wyszły negatywne, co powinno być powodem do radości, ale nie było, bo akurat niedoczynność tarczycy jest w naszej rodzinie od pokoleń a ja czułam, że coś jest nie tak. Nie myliłam się, ale o tym później. Pani ginekolog przepisała mi tabletki na uregulowanie miesiączki, ale te były chyba najgorsze ze wszystkich. Codzienne mdłości, ból głowy i wymioty – tak chyba nie powinny działać odpowiednio dobrane leki?

Po kolejnej nieudanej walce w Anglii poleciałam do Polski, tam udałam się do ginekologa w moim mieście rodzinnym i chyba Was nie zaskoczę pisząc, że to był kolejny niewypał. Takie właśnie miałam szczęście do lekarzy. Ten ginekolog do złudzenia przypominał mi aktora Laurence Harvey’a, to ten, który grał główną rolę w filmie ”Ludzka stonoga” – więc bałam się go już na wstępie. Nawet moja mama rozważała ucieczkę z gabinetu. Używał starych, metalowych narzędzi, co dziś jest już bardzo rzadko spotykane. Ale do sedna – Ginekolog z Ludzkiej Stonogi również nie pomógł, doradził mi jedynie, abym piła więcej wody i wykluczył anemię – a to już było coś. Zaskoczyło mnie to, bo przy tak ogromnych ilościach krwi, jakie traciłam podczas każdej miesiączki wydawało mi się, że anemia jest nieunikniona.

Pomyślałam, że tak będzie wyglądać moje życie. Ale okazało się, że nie ma rzeczy niemożliwych i dlatego NIGDY nie wolno się poddawać.

I wtedy odzyskałam nadzieję.

Konrada mama usłyszała o jakimś cudownym ginekologu/endokrynologu, który pomógł wielu kobietom i jest rewelacyjny – po prostu lekarz z powołania. Nie zaskoczę Was chyba pisząc, że nie wierzyłam – po tych wszystkich rozczarowaniach – w cudowne ozdrowienie. Niemniej, wybrałam się do Warszawy i znów zasiadłam w poczekalni kolejnego uzdrowiciela, jak wspomniałam – bez większych oczekiwań.

Tym razem było inaczej, lekarz patrzył na mnie i słuchał w skupieniu. Zrobił mi całą serię badań, łącznie z badaniem tarczycy, cukrzycy, badanie piersi. Wyniki odebrałam nazajutrz i przepłakałam pół dnia, byłam w szoku, ale nie tylko ja. Ów ginekolog postanowił wysłać moje wyniki do innych specjalistów, bo nie wierzył, że można było się dopuścić takiego zaniedbania i ignorancji. Łapał się za głowę i przyznał, że o takim przypadku jeszcze nie słyszał.

Nadczynność tarczycy, początkująca cukrzyca, nadciśnienie, pęcherzyki na jajnikach – jednym słowem PCOS.
Czym jest PCOS? W skrócie:

PCOS (zespół policystycznych jajników) może być przyczyną niepłodności. Kobiety chorujące na zespół policystycznych jajników mają zwykle zaburzoną równowagę hormonalną.

Za wysoki poziom LH (lutropina, hormon luteinizujący) i zachwiane proporcje FSH (hormonu folikulotropowego) do lutropiny właśnie (oba hormony produkowame są przez przysadkę mózgową) sprawiają, że w jajnikach zwiększa się ilość drobnych, niedojrzałych pęcherzyków Graafa i nie dochodzi do owulacji. W efekcie nie może powstać ciałko żółte i nie wzrasta ilość progesteronu we krwi.

Niedobór progesteronu odpowiada za nieregularne miesiączki, a zbyt dużo pęcherzyków, które produkują androgeny – za nadmierne owłosienie (hirsutyzm). Kolejne pęcherzyki rosną i obumierają, nie uwalniając jajeczek. Jajniki pełne są takich pęcherzyków, które zamieniają się w torbielki, czyli cysty – stąd nazwa zespół policystycznych jajników lub wielotorbielowatość.

Lekarze oceniają, że na PCOS cierpi około 12 procent młodych kobiet. U niemal 40 procent z nich zespół policystycznych jajników jest powodem niepłodności (ze względu na stały lub okresowy brak owulacji). Nie do końca wiadomo, co jest jego przyczyną. Jedna z teorii mówi, że to schorzenie uwarunkowane genetycznie.

Źródło: poradnikzdrowie.pl

Sen z powiek spędzało mi także wykrycie guzków w piersi, które – jak się później okazało – były na szczęście tylko odkładającą się tkanką, co jest normalne przy zaburzeniach hormonalnych i nie stanowi zagrożenia.

Po wykonaniu wszelkich możliwych badań, lekarz przepisał mi tabletki na nadczynność tarczycy, uregulowanie cyklu (tym razem bez antykoncepcji, bo ona przy moich schorzeniach i tak nie była potrzebna) i cukrzycę. Ale dał mi coś jeszcze… pewność siebie i nadzieję. Przyznał też, że gdybym odwlekała to przez kilka kolejnych miesięcy, nie byłoby już czego ratować.

PCOS to nie wyrocznia, przy odpowiednim leczeniu można się do niej przyzwyczaić i żyć normalnie, a nawet… mieć dzieci.

Od tamtej pory uczęszczam na regularne wizyty, tak, by mieć wszystko pod kontrolą. Powtarzamy wtedy wszystkie badania (łącznie z badaniem piersi, nie zapominajcie o tym nigdy…) a mój ginekolog trzyma rękę na pulsie. Adekwatnie zmniejsza/zwiększa dawki leków (których nazw oczywiście nie będę podawać, bo to zbyt indywidualna kwestia) i… czuję się jak nowo narodzona. Pozostały problemy z nadmiernym owłosieniem (włosy na brodzie i twarzy) ale hej, bez przesady, to nie koniec świata, wizyta u kosmetyczki raz w miesiącu załatwia sprawę!
Napady złości ustąpiły – no, może nie do końca, bo przed miesiączką – która swoją drogą pojawia się teraz jak w zegarku – nadal miewam humorki, jak chociażby dziś rano.. Ale z pewnością nie jestem tą samą osobą, nie wpadam w amok, nie wściekam się o byle co, cieszę się życiem, uśmiecham się, świetnie się czuję…

Obfite i bolesne miesiączki wciąż się zdarzają, ale nieczęsto – nauczyłam się, żeby w tych dniach… po prostu dać na luz, odpocząć, wyciszyć się. Wiem, że robię postępy, a to dopiero połowa drogi.

Wisienką na torcie była odpowiedź doktora, na pytanie, czy mam szansę kiedykolwiek zajść w ciążę – odpowiedział, że oczywiście, że tak – i to mi wystarczyło 🙂

Możecie uznać, że z całej tej historii zrobiłam niezły teatrzyk, a PCOS to nie choroba, na którą się umiera, że wyolbrzymiam… Ale zrozumie to tylko kobieta, która przez to przechodzi/ła. Wiem jak wiele kosztowała mnie ta niepożądana przygoda, z którą musiałam się zmagać od młodzieńczych lat, kiedy tak naprawdę powinnam w pełni korzystać z życia, cieszyć się nim..

Dlatego proszę, moje kochane czytelniczki… badajcie się regularnie, nie bagatelizujcie drobnych problemów hormonalnych, nieregularnych miesiączek, zbyt częstych huśtawek nastroju, to wszystko może okazać się później cholernie trudną walką o zdrowie. Pamiętajcie też, że lekarz-lekarzowi nie równy, dlatego nie wolno tracić nadziei.

You May Also Like